A wszystko przez brytyjskiego majora

Zaczęło się bardzo dawno. Zasady spisano pod koniec XIX wieku. A zrobił to w 1874 roku brytyjski major Walter Clopton Wingfield w swojej walijskiej posiadłości. To dziwne dla niektórych liczenie pochodzi tak naprawdę nie wiadomo od czego. Jedni wskazują na pieniężne zakłady ówczesnych arystokratów i ich zamiłowanie do hazardu. Inni jakieś cuda związane z zegarem. Jednoznacznie określić się tego nie da i może dlatego tenis jest taki piękny. Przecież to chyba jedyny sport w którym liczy się nie do zera ale do „jaja”.

Pewnie spotkaliście się, że sędzia określa zero punktów jako love (na przykład, podając punktację 30: 0, nie mówi „thirty zero”, tylko „thirty, love”). To naleciałość z francuskiego – we Francji zero tenisowe określane było mianem l’oeuf, czyli po prostu „jajo”.Co to  jest ten tenis? Wielu go nie rozumie, ale inni kochają szczerą miłością. Ja od dziecka należę do tych drugich. Uwielbiam ten charakterystyczny dźwięk uderzanej piłki. Kocham tę obowiązującą etykietę i biały kolor na Wimbledonie. Podziwiam siłę serwisu i odporność psychiczną najlepszych.  Fascynuje mnie technika Federera, top spin Nadala, serwis Janowicza i uroda Any Ivanovic. To mój świat. Jedni uciekają w książki, inni w majsterkowanie, jeszcze inni kochają pracę w ogródku. Ja kocham tenis. I to uczucie trwa od dziecka. Czy z wzajemnością? Chyba tak. Grałem w klubie wiele lat praktycznie zupełnie bez sukcesów. I teoretycznie, kiedy życie spowodowało, że tenis uprawiałem już jedynie amatorsko mogłem się nieco od niego odsunąć. Ba! Nawet poprosić o separację lub rozwód na rzecz badmintona czy squasha. Nic z tego. To jest ciągle moja miłość. Chyba nawet nieco odwzajemniona. Kiedy przygotowując się do Pekao Szczecin Open zajmujemy biura na kortach jakieś dwa tygodnie przed turniejem słyszymy codziennie kilka tysięcy uderzeń w piłkę. Ten charakterystyczny głos mamy w głowie jakbyśmy byli trenerami tenisa. I nagle ten dźwięk, ten tembr, ten głos się zmienia. Najpierw powoli, przyspieszając z każdym dniem zbliżającym nas do rozpoczęcia turnieju. To znak, że już dojechali. Że są wśród nas. Zawodowi tenisiści. Możecie nie wierzyć, ale to prawda. Po zagraniach tych najlepszych, uderzona piłka brzmi zupełnie inaczej. Wtedy już nie ma żartów. Wiemy, że do rozpoczęcia tej wielkiej tenisowej imprezy pozostały jedynie godziny. Włącza się wsteczne odliczanie i walka z czasem. I do tej pory udaje nam się ją wygrywać. Dwadzieścia jeden lat naprawdę ciężkiej pracy ale i bardzo dobrych turniejów. Wspaniali sponsorzy, znamienici goście, emocje na korcie. To wszystko pewnie czeka na Państwa także podczas dwudziestej drugiej edycji. Jesteśmy gotowi. Zapraszamy na korty. A kto wygra? Pewnie znowu nie Hiszpanie.

Krzysztof Bobala

 

Prestiż  
Wrzesień 2014